sobota, 26 lutego 2011
Nowy Blog
Zjazd, kongres i polityka
Zakończył się zjazd „Żeromszczaków”. Pożegnaliśmy na peronie kieleckiego dworca Marzenę Kasprowicz i Tomka Olbińskiego, którzy wracali do Londynu. Marzena pozostawiła do druku nowy piękny zbiór wierszy. Ilustracje, naprawdę świetne wykonał Jerzy Świątkowski, plastyk z Warszawy. Poznałem go kiedyś, oryginał, myśliciel, zamknięty w sobie. Rzadko się udziela, ale Marzenę polubił. Jeszcze na dworcu niebo się rozpłakało i chyba już słotna jesień nadeszła nieodwołalnie. Ale świat się jednak skurczył. Kiedy jeszcze w PRL-u mój ojciec jechał do Francji, do odnalezionego w wojennej zawierusze brata wydawało nam się, że jedzie gdzieś na koniec świata. Dziś Europa spowszedniała. I Marzena i Tomek niedługo przyjadą znów do Polski.
Niedługo potem Maciej Zarębski, Król Regionalistów Polskich urządził imponujący kongres. W Oblęgorku toczyła się ciekawa dyskusja. Piękna pogoda i “okoliczności przyrody”. Trochę pospacerowałem po parku noblisty. Zdzisław Łączkowski opowiadał o Warszawie. Kilku znajomych poetów dopadły poważne choroby. Smutne wieści. Ale mój imiennik trzyma się dziarsko. Maciek jako prowadzący dwoił się i troił. Potem smaczny obiad w miejscowej szkole. Zwiedzanie Strawczyna i wyjazd do Kielc, do WDK. Przy okazji w Strawczynie wstąpiliśmy z żoną na cmentarz. Cicho tam i urokliwie, ale życie nie znosi ciszy – ulicą przejechał z klaksonami orszak weselny.
Tymczasem poseł Palikot jak na kawiorowego lewicowca przystało będzie walczyć o aborcję, eutanazję, równość dla gejów i lesbijek oraz wywalenie religii ze szkół. Bezrobotni, pielęgniarki i salowe oraz emeryci jeszcze sobie poczekają. Nie wiem jak będzie z palaczami trawki. Też chyba poseł Palikot weźmie ich pod swoje opiekuńcze skrzydła? A jak to wszystko wywalczy, no to już będziemy super nowocześni, nie żaden zaścianek, ciemnota i zabobon.
Janusz Palikot to przede wszystkim narcyz, zakochany w sobie. Jego program polityczny jest prymitywny. “Nowoczesna Polska” to puste hasło, za którym nic się nie kryje, myślowa pustka. Na “nowoczesności” jechali swego czasu komuniści. Gagarin i loty w kosmos miały to uwiarygadniać. Rychło się okazało, że komuniści to dziewiętnastowieczne starocie obyczajowe i myślowe. “Nowoczesnością” wyciera sobie gębę także Napieralski. Ale to słowo nic nie znaczy. Wydmuszka. Magiczne zaklinanie rzeczywistości. Fata Morgana. Koraliki dla tubylców. Głupota. Płycizna. Snobizm. Kabotynizm. Filisterstwo. Drobnomieszczaństwo. Balonik na druciku.
Niektórzy komentatorzy nazwali posła Palikota Lepperem dla inteligentów. Dla mnie jest on mieszanką Leppera i Tymińskiego (ze względu na osobisty majątek, jakim chwalił się również Stan). Poza tym Palikot wydaje się być trochę niedojrzały emocjonalnie, bo on wszystkim bawi się jak dziecko. Polityką również. Na pewno jest populistą.
Szef opozycji Jarosław Kaczyński narzekał na chamstwo swoich politycznych konkurentów, ale jego postępowanie wobec Kluzik-Rostkowskiej i Poncyliusza było w najwyższym stopniu ordynarne. Dużo krytycznych słów powiedziałem o pośle Palikocie, ale w jednym ma on rację: wewnętrzne funkcjonowanie partii politycznych musi ulec zmianie. Dość partyjnych sądów kapturowych, które na życzenie wodzusia wyrzucają z partii niewinnych ludzi. Dość partyjnego terroru!
Poziom nienawiści między PiS a PO osiągnął stan krytyczny. Niemożliwa już jest merytoryczna dyskusja na tematy gospodarcze czy polityczne. Zaraz pojawiają się inwektywy i oszczerstwa. Prawie każdy, kto zabiera głos na tematy polityczne jest spychany do jednego lub drugiego obozu. Dlatego jakakolwiek dyskusja merytoryczna jest paraliżowana przez partyjne jady. Uważam, że obie te partie szkodzą w tej chwili Polsce w jej sytuacji międzynarodowej. I nikt mnie nie przekona, że jedna mniej, a druga bardziej!
Trwają spory o katastrofę lotniczą. Nie wiem, jakie były przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem, ale widzę, że wielu polityków już z góry wie, co się mogło wydarzyć. Jedna grupa, którą się najwięcej krytykuje w mediach, podejrzewa zamach. Inna grupa z góry jest przekonana, że to na pewno był błąd pilotów spowodowany presją zmarłego prezydenta. Natomiast brak mi trzeciej grupy – zainteresowanych w poznaniu prawdy. Czyżby prawda w polityce nie była do niczego potrzebna?
Nawet jeśli za katastrofą kryje się zamach, to nie wyjaśni tego obecne śledztwo, bowiem prowadzi je Rosja, jeden z głównych podejrzanych. Polskie śledztwo tzw. “równoległe” jest wobec niego służebne. Pozostaje więc jedynie “wina pilotów”, wszystkie inne opcje są również nie do przyjęcia ze względów politycznych.
Mówi się, nie bez podstaw, że PiS to sekta polityczna. Ale zauważyłem, że na przykład wśród czytelników Gazety Wyborczej występują podobne objawy, choć o diametralnie różnej treści. Też uważają, ze posiedli jedyną prawdę, jaką ogłosił im święty świecki – Adam Michnik.
W Klubie Civitas Christiana przy Okrzei odbyło się spotkanie z biskupem Ryczanem, który ma niewątpliwie talent gawędziarski. Ciekawe kulisy procesów beatyfikacyjnych. O pomniku zasłużonego dla Kielc bpa Czesława Kaczmarka. W pewnym momencie zaczęły nas dochodzić rytmiczne dźwięki muzyki i hałasy z dołu. To rozpoczęły się zajęcia w klubie fitness działającym piętro niżej. Takie czasy, panie dziejku.
Przy okazji przypominam o dorocznym konkursie literacki „Civitas” w Kielcach. Trzy wiersze w trzech egzemplarzach, lub trzy krótkie opowiadania do 5 stron, należy nadsyłać do końca listopada.
Zupełnie przypadkowo natknąłem się ostatnio na malarza Jana Walaska, mojego rówieśnika. Na ścianie u mnie w domu wisi wielki jak Bitwa pod Grunwaldem obraz Jasia. Dostałem go od Mistrza po całonocnej biesiadzie przy peerelowskich dopalaczach w płynie. A niosłem ten wielki obraz podczas srogiej zimy, nad ranem, kiedy było bardzo ślisko, bo piaskarki jeszcze nie wyjechały. Jak ja go doniosłem w jednym kawałku – do dziś nie wiem. Jan jest znawcą mistycznych pism dalekowschodnich. Tybet, Indie czy Japonia nie mają u niego tajemnic duchowych. Nie zapomnę jak kiedyś żona Jasia namawiała go natrętnie, aby wyrzucił śmiecie. – Nie widzisz k…, że medytuję! – oburzył się mistrz. Pogadaliśmy chwilę i umówiliśmy się na dłuższe spotkanie.
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
STRACH SIĘ BAĆ
Polacy dzielą się dziś na dwie grupy: na tych, którzy pamiętają tzw. komunę czyli PRL i na tych młodszych, którzy nie zaznali rozkoszy życia w „najlepszym ustroju na świecie”. Komunizm miał podobno uszczęśliwić człowieka, jednostkę, tak głosili jego teoretycy i przywódcy, ale w praktyce osobę ludzką miał za nic. Liczyły się masy, plany, dyscyplina i nade wszystko posłuszeństwo wobec przełożonych. Całkowita lojalność wobec rządzącej partii. Nie tylko w czynie, ale i w myśli. Każdy przejaw wolnomyślicielstwa był surowo tępiony, każda krytyka rządzących była zbrodnią.
Szczególnie komuniści bali się żartu, ironii, błazeństwa. Ustrój miał być poważny, napuszony, celebrowany, był zresztą wzorowany na religii. Miał swoich proroków, męczenników, swoich świętych i zbawiciela w osobie Lenina, a świętego Piotra w osobie Stalina. Żartować można było tylko i wyłącznie z kapitalistów i imperialistów, Wystarczy przejrzeć roczniki peerelowskich pism satyrycznych: „Szpilki” czy „Karuzela”, żeby się o tym przekonać. Oczywiście z upływem lat system nieco łagodniał na co dzień i można było zażartować sobie z kelnera czy sprzedawcy w sklepie, ale wyżej już żart był zakazany. Czuwała nad tym cenzura, tajna policja - SB, ale najważniejszym czynnikiem był strach, który każdy miał zakodowany w sobie. I już nie trzeba było nawet pilnować redaktora telewizyjnego czy prasowego, aby ten w strachu przed utratą posady nie wychwycił niestosownych myśli, pachnących antysocjalistyczną dywersją. W chwilach zagrożenia system znów stawał się bezwzględny, strzelał do swoich prawdziwych lub domniemanych przeciwników z prawdziwych kałasznikowów, prawdziwymi kulami. I nikt nie miał prawa zaprotestować.
Wszyscy byli uzależnieni od władz, od ich decyzji. Na początku, w czasach stalinowskich, artyści musieli być dyspozycyjni i pisać na zadany przez władzę temat. Po 56. Im odpuszczono i mogli pisać wszystko, co nie było krytyką władz. Oczywiście dbano także o tzw. „poziom artystyczny”, a jakże, debatowały nad tym przeróżne przyredakcyjne kolegia krytyków. Oczywiście nadal najważniejsze było, aby dzieło powstawało w „duchu socjalistycznym” i było tworzone z „właściwych pozycji”.
Najbezpieczniejsze oczywiście były książki o niczym, dlatego lata 60. I 70. To w literaturze polskiej zalew bełkotu. Przeciwstawiał się temu zjawisku Słonimski, ale przeginał pałę, wylewał dziecko z kąpielą, zabraniając twórczych eksperymentów. Krytyka była niebezpieczna, mogła autorowi zamknąć drogę do czasopism i wydawnictw. Na krytykę pozwalali sobie tylko tacy wielcy jak Artur Sandauer, bo on nie bał się niczyjej zemsty.
Chyba te lata peerelowskie zaciążyły na dzisiejszej sytuacji, kiedy to każdy literat na krytykę swoich utworów obraża się i nadyma, jakby obrażano jego samego, jego rodzinę, dzieci i nienarodzone wnuki. Pewien kielecki pisarzo-naukowiec odpowiada polemiką na każdą niepochlebną recenzję używając sformułowania „Idzie na mnie atak”. Wietrzy przy tym jakieś spiski i knowania, bo przecież to niemożliwe, żeby komuś nie spodobały się jego wypociny. Trzeba więc dokonać zemsty, najczęściej w fatalnym stylu, napisać skargę gdzie trzeba i gdzie trzeba – tam donieść.
Ludzie, trochę luzu, dystansu do siebie i swoich dokonań. Moim ulubionym powiedzonkiem jest fraszka Sztaudyngera (cytuję z pamięci): „Nie przyjmuję żadnych przytyk, miejsce w d…. mam dla krytyk”.
A może trzeba zacytować Witkacego wiersz o Kielcach: „Kto się za te słowa obraża, ten sam się ma za gówniarza”?
niedziela, 13 września 2009
Nasz pogrom – prawda nie istnieje?
Jeśli na lep prowokacji dał się ponieść żądny krwi tłum, to też bardzo źle. A że tak było twierdzi profesor Żak, który jako dziecko widział pogrom z bliska. Moja ciocia, która tego dnia przybiegła zobaczyć, co się dzieje, patrzyła na feralną kamienicę zza Silnicy. Jak mi mówiła, nie widziała uzbrojonego tłumu, tylko grupy ludzi atakujących feralną kamienicę. W tym milicjantów i wojsko. Ale szybko się stamtąd wycofała, obawiając się przypadkowej kuli.
Zresztą prawda przestała kogokolwiek interesować. Książka Krzysztofa Kąkolewskiego „Umarły cmentarz”, w której podaje dowody na spisek i prowokację, a nawet dobrze zaplanowaną akcję, nie doczekała się żadnych rzeczowych polemik ani argumentów. Według Kąkolewskiego w zdarzeniu brała udział tylko milicja i wojsko, a kielczanie byli tylko widzami. Herling-Grudziński twierdził, że nieważne, czy to prowokacja, czy nie, bo Polacy jednak dali się sprowokować i mordowali. Według niego pogrom to hańba, której Kielce nigdy nie zmyją. Na pewno niesłusznie o pogrom oskarżana była Armia Krajowa i Kościół. Wiele wycierpiał niewinnie kielecki biskup Czesław Kaczmarek, znany ze swoich sympatii legionowych i patriotycznej postawy przed wojną.
Sprawa pogromu kieleckiego jest jak wiara religijna. Każda wersja ma swoich wyznawców, którzy nie dopuszczają do siebie argumentów strony przeciwnej. Ja sam nie mam wyrobionej opinii i bardzo dziwię się tym, którzy wypowiadają kategoryczne sądy, a nawet ubierają je w kształt wypowiedzi artystycznej, oskarżającej, jak to było w przypadku Andrzeja Lenartowskiego.
Podejrzewam, że powoli o pogromie zapominamy, jako o wydarzeniu okrutnym, szokującym, strasznym. Pogrom wszedł do kalendarza imprez politycznych. Co roku zbiera się tłumek działaczy, polityków i aktywistów różnych stowarzyszeń, który odprawiają celebrę, bijąc się przy tym w nie swoje piersi. Kielczanie zaakceptowali swoją winę, a niektórzy są nawet jakby dumni, że pogrom odbył się w Kielcach i że na nich patrzy świat cały i kajają się w imieniu wszystkich oczekując, że dostaną swoją porcję oklasków, a może nie tylko.
Życie między mniejszością żydowską a Polakami przed wojną nie mogło się obejść bez konfliktów. Ale na ogół było to współżycie zgodne. Dziś demonizuje się rzekome wrogości. A często czynią to dziwnym trafem ci, którzy w 1968 roku pisali antysemickie paszkwile, którzy opiewali radzieckich sojuszników i ich dzieje. To niemalże prawidłowość: dla kogo bohaterem był Józef Stalin, ten dziś opiewa Józefa Piłsudskiego, kto demaskował żydowskich syjonistów, dziś studiuje dzieje polskich Żydów przedwojennych i potępia polski nacjonalizm. No cóż, ludzie są dziwni. A niektórym obciach nie jest straszny, byle świecić na świeczniku. I nieważne czy świecznik jest siedmioramienny czy ma kształt czerwonej gwiazdy.
czwartek, 27 sierpnia 2009
Ulica Bin Ladena?
Bo co tu dużo mówić, przedwojenne elity zostały w lasku katyńskim, na Pawiaku i w Palmirach, a chłopcy od Andersa w Anglii i Kanadzie, najlepsza młodzież w kanałach i ruinach Warszawy. Najlepszy element narodu, ten, który chciał się bić, i wiedział o co, albo zginął, albo został na emigracji. Władze komunistyczne celowo awansowały same doły społeczne, motłoch, ludzi bez korzeni, bez narodowej świadomości. Reszta nauczyła się bierności, obojętności, pilnowania tylko i wyłącznie swojego garnka.
Ale kiedy po tej wymęczonej niepodległości próbowano choćby zmienić patronów ulic usuwając z nich zajadłych komunistów, którzy często walnie przyczynili się do naszego zniewolenia, to nagle zyskali oni całą masę obrońców. Zmiany nazw ulic wyśmiewano, wyszydzano na wszelkie sposoby. Bo nikogo nie obchodziło, kto to był Buczek czy inny Świerczewski, chcieli trzymać się swoich gnuśnych przyzwyczajeń i bali się tych minimalnych kosztów, jakich zmiana wymaga.
Nie tak reagowali Polacy w 1918 r., kiedy to masowo zrzucano rosyjskie szyldy z ulic i znad sklepów. U nas nadal pokutują jakieś niedobitki posowieckie. Niedawno w skrzynce pocztowej znalazłem Gazetkę Osiedlową, a w niej w cyklu „patroni naszych ulic” sylwetkę Toporowskiego. Był to klasyczny komunista, który w imię Stalina walczył w Hiszpanii, a potem zginął z rąk gestapo we Francji. Gdyby wcześniej wrócił do sowieckiej Rosji wykończyłby go Stalin, który pod koniec lat trzydziestych rozwalił wszystkich komunistów cudzoziemców (między innymi poetę Brunona Jasieńskiego) pod pretekstem szpiegostwa. Wtedy Toporowski nie byłby bohaterem i nie miałby swojej ulicy w Kielcach. Może zrehabilitowałby go Chruszczow w ramach odwilży. W naszym prawie istnieje podobno zapis, że nie wolno propagować komunizmu. Otóż ja niniejszym zgłaszam do prokuratury, że Gazetka Osiedlowa ze Ślichowic w Kielcach propaguje komunizm wychwalając go na swoich łamach.
W naszym społeczeństwie nastąpiła straszliwa atrofia uczuć patriotycznych i narodowych. Nikogo nic nie obchodzi, na wybory nie chodzą, na uroczystości również. Wszystko im jedno. Niechby patronem ulicy był nawet Bin Laden, nikogo to nie obejdzie, nikt nie kiwnie palcem. Połowa społeczeństwa nie czyta w ogóle książek. Cóż jest dzisiaj strawą kulturalną? Odpowiadam – kabaret. W telewizji codziennie na kilku kanałach bez przerwy lecą jakieś kabarety albo satyryczne szkła kontaktowe. Wszystko wyśmiać, niczego nie brać poważnie – oto motto naszego społeczeństwa. I z czegóż to się śmiejecie barany? Z samych siebie się śmiejecie, z własnej ignorancji, głupoty i bezmyślności. Prześmiejecie tę marną Polskę zbudowaną z funduszy unijnych.
Nasze położenie geopolityczne nie zmieniło się ani o jotę. Nadal Rosja z Niemcami dogadują się nad naszymi głowami. W razie czego Unia nie kiwnie palcem, żeby nas bronić. Zostawią nas na pożarcie jak w 1939 r. Ale my na obronność obcinamy koszta. I wasza bierność i pilnowanie tylko własnego garnka nic wam nie pomoże. Zjedzą was (i mnie razem z wami) wielcy i mocni tego świata. Znów będziemy tylko nawozem historii. Udławicie się w końcu tym swoim durnym rechotem i wtedy będziecie szukać winnych. Wszystkich, poza sobą.
Nie chcę osądzać Toporowskiego i jemu podobnych towarzyszy. Żyli w innej epoce historycznej, może uwierzyli w szczytne ideały szczęścia ludzkości pod berłem Józefa Stalina. Niech spoczywają w spokoju. Nam jednak dziś potrzeba innych wzorów, ludzi, którzy bronili niepodległości. Liczę na głosy poparcia ze strony czytelników. Pozwólmy komunistycznym patronom odejść tam gdzie ich miejsce, na plac Czerwony albo jeszcze dalej..
sobota, 4 kwietnia 2009
Histeria w cieniu historii
Jak zorientowałem się z jego chaotycznych wypowiedzi najważniejsze dla niego jest jedno. Mianowicie autorzy inkryminowanych książek twierdzą, że Wałęsa w latach 70. był agentem SB. Sam Wałęsa nie zaprzecza, że coś tam podpisywał, ale nie dlatego, żeby być agentem, ale żeby esbecję przechytrzyć jak Konrad Wallenrod i czegoś się nauczyć w dalszej walce z komuną. Tak więc najważniejszy przedmiot sporu kryje się nie w faktach, ale w słowach, czyli jak rzecz nazwiemy. Jeśli powiemy, że agentura - będzie to kłamstwo, ale jeśli powiemy, że przechytrzenie przeciwnika, to będzie prawda. Odwieczne można powiedzieć, polskie problemy i spory. To samo było z Piłsudskim, był austriackim agentem czy nie był? Trochę mi żal, że literatura piękna znów została w tyle za rzeczywistością. Nie ma na tematy aktualne ani powieści, ani wierszy. Dobrze choć, że nauka nadąża.
Jako pierwszy histerią Lecha Wałęsy zaraził się Tadeusz Mazowiecki, który w dramatycznym tonie stwierdził, że legenda Solidarności czuje się zaszczuta w swoim kraju i jak to świadczy o Polsce? Moim zdaniem to w ogóle nie świadczy o Polsce, ale owszem świadczy o Lechu Wałęsie i jego stanie ducha. Zaraz potem gromko oskarżył IPN Aleksander Kwaśniewski nazywając go instytucją antypolską czy jakoś tak. Cały SLD zaczął natychmiast domagać się likwidacji IPN, co jest ich stałym marzeniem i głównym zadaniem politycznym. No, hucpa na całego, histeria pod płaszczykiem historii. W odpowiedzi odszczeknął się prezes IPN Kurtyka nazywając Kwaśniewskiego aparatczykiem i TW „Alkiem”. Zaraz potem zaczął nadawać Niesiołowski itd.
Ale najważniejsze dopiero miało się zacząć. W histerię wpadły najważniejsze władze w kraju. Marszałek Sejmu chciał zabrać fundusze Uniwersytetowi Jagiellońskiemu. Skończyło się na tym, że do UJ pojedzie sroga komisja odebrać magisterium autorowi biografii Wałęsy (w ostatniej chwili jednak odwołana). Premier oświadczył, że nikt nie będzie kłamał za państwowe pieniądze. Czyli premier zna prawdę historyczną. Tu już poczułem się niemal jak w domu, czyli w PRL-u.
Ale to nie wszystko, premier postanowił odpolitycznić IPN, co znaczy odsunąć od niego naukowców sympatyzujących z PiS-em a zatrudnić sympatyków PO. Bowiem w języku politycznym nasi koledzy są apolityczni, a koledzy przeciwników są jak najbardziej polityczni. To, co my robimy jest słuszne, a to co robią przeciwnicy jest spowodowane względami natury politycznej. Tak właśnie ma być odpolityczniona także Telewizja Publiczna.
Przypomniało mi się, jak Orwell pisał, że kto panuje nad przeszłością, ten ma władzę. Od razu widać, że przywódcy Platformy są oczytani,
PS.
1) Po felietonie gdzie wspomniałem o Jacku Trznadlu, kolega Andrzej Dębkowski napisał do mnie list zawierający dobrą radę, abym nie poszukiwał prawdy, gdyż prawda nie istnieje, jest pojęciem relatywnym. No cóż, drogi Andrzeju, więc szanuj także moją (relatywną) prawdę, która jakoś przypadkowo kłóci się niestety z Twoją (relatywną) prawdą, którą ja osobiście szanuję, choć się z nią nie zgadzam. A jako że obie nasze prawdy są relatywne, a prawda obiektywna nie istnieje, to chyba nie ma o co kruszyć kopii. Dziwię Ci się, że mając takie poglądy w ogóle coś piszesz i publikujesz zawracając innym głowy swoją relatywną prawdą.
2) Inny list otrzymałem od byłego TW, który mój tekst nazwał „zbydlęceniem”. Zauważyłem, że niemal wszyscy literaci zarejestrowani przez peerelowską SB mają bardzo duże poczucie moralności. Wygląda na to, że do tego zawodu trzeba było mieć kwalifikacje moralne. No po prostu nie każdy się nadawał, potrzebni byli przede wszystkim moraliści, którzy na resztę swoich bliźnich patrzyli jak na bydło. To wyszydzane bydło nie potrafiło wszak donosić na swoich.
Co wolno pisarzowi?
Przed kilku laty zauważyłem, że w pewnym kieleckim dzienniku ukazują się opowiadania miejscowego literata, Stanisława Rogali, łudząco podobne w treści do książki Zofii Kossak-Szczuckiej pt. Pożoga. Na łamach „Echa Dnia” zestawiłem fragmenty oryginału i podróbki. Autor plagiatu bronił się, że jest to właśnie nowa metoda pisarska: inspiracja twórcza.
Minęło kilka lat i na łamach nie istniejącego kieleckiego miesięcznika Ikar, literat ten wrócił do sprawy, w udzielonym temu pismu wywiadzie. Przy okazji okazało się, że metoda twórczej inspiracji jest przez niego stale stosowana, już od samego debiutu, i nie wywołuje u nikogo krytyki. Rogala swojej pierwszej powieści nadał mianowicie tytuł wzięty z książki Jana Brzechwy. Literat powiedział wtedy „Ikarowi” : „Do powieści J. Brzechwy „Gdy owoc dojrzewa” nawiązałem świadomie, nawet motto było z tej książki. Nie przeszkadzało to jury, wydawnictwu, ale wdowa po pisarzu zaprotestowała więc tytuł zmieniłem”. Czyli można plagiatować czyjś tytuł nazywając to „nawiązywaniem”. Dobrze chociaż, że wdowa po Brzechwie zachowała czujność i dała odpór „nawiązywaczowi”.
O sprawie plagiatu z Kossak-Szczuckiej literat mówił: „Mimo, że broniłem się przyznając do świadomej, jak w przypadku Brzechwy inspiracji, na zebraniu związku padła myśl, by podać mnie do sądu koleżeńskiego pod zarzutem plagiatu”. Potem literat powołał się na prezesa ZLP, nie żyjącego już, Piotra Kuncewicza, który miał stwierdzić, że nie widzi tu plagiatu.
Tak więc sprawa jest przeraźliwie jasna, wolno wszystko! Jurorom konkursu, w którym zasiadał m.in. Iwaszkiewicz oraz później wydawnictwu, nie przeszkadzało, że tytuł, książki S. Rogali był wzięty z twórczości Brzechwy. Więc zapewne przyzwalali. Nic widzieli w tym nic złego. Nie łudźmy się, taka była epoka, jej zwyczaje i moralność. Literaci peerelowscy są jej wytworem.
W realizacji tej metody przeszkadzają rodziny zmarłych pisarzy, które nie mają zrozumienia dla twórczej inspiracji. Na przykład wdowa po śp. Janie Brzechwie, która nie pozwoliła, aby używane tytułu książki, wymyślonego przez jej zmarłego męża.
Nazwisko Piotra Kuncewicza pojawiło się jeszcze przy innej książce tego samego literata, która to powieść wywołała szczere oburzenie wśród mieszkańców wsi podiłżeckich. Autor powieści posłużył się autentycznymi wydarzeniami z czasów okupacji i swoją książkę zaludnił prawdziwymi postaciami. Piotr Kuncewicz w trzecim tomie swojego dzieła pt. „Agonia i nadzieja” wydanego w 1993 r. na stronie 505, napisał o książce Stanisława Rogali „Piotrowe Pole” następujący akapit: „Książka jest doprawdy niezła, chociaż byli kombatanci, jak zwykle w takich wypadkach, nie chcieli przyjąć do wiadomości praw fikcji literackiej i zgłaszając przeróżne pretensje żądali, bagatela, zniszczenia całego nakładu, tudzież intymnej rozmowy Rogali ze wsią, zbrojną tylko w widły i kłonice”.
Dla mnie jest to kuriozalne zdanie, nie tylko dlatego, że raczej trudno być byłym kombatantem. W tym wypadku, to słowa Stanisława Rogali spełniły dla tych zwykłych ludzi, często byłych partyzantów, rolę kłonic i wideł, którymi autor posłużył się bez skrupułów. Bardzo wątpię, żeby w swoim czasie Kuncewicz raczył się zapoznać z konkretnymi zarzutami byłych partyzantów, formułowanymi na łamach prasy regionalnej. Wolał zająć typową postawę pana ze stolicy, który wyszydził prostaczków ze wsi, upominających się o swoje prawo do prawdy i godności. Prawdzie historii i życiorysów przeciwstawił prawo fikcji, a przecież autor w swojej książce posługiwał się prawdziwymi nazwami geograficznymi i postaciami autentycznymi, a nic fikcyjnymi. Jeżeli uznamy, że autorowi wolno manipulować cudzym życiem, nie zawracając sobie głowy poszanowaniem jego godności, to wszystko gra. Zawsze zostają jeszcze prawdziwe widły i kłonice.
Zadziwiające jak krytyk zlekceważył wówczas pretensje partyzantów, często autorów pamiętników, z których „inspirował się” Rogala, jak pogardliwie o nich napisał. Nie zapoznał się wcale z ich argumentami, a były one niebagatelne. Niedawno uniemożliwiono realizację filmu o Westerplatte, bowiem podważać miał ustalone historyczne prawdy. Ale Rogali wolno pisać swoją historię Piotrowego Pola nie zważając na opinie uczestników walk.
Najwyższy czas, żeby uregulowano prawnie, co wolno pisarzowi w imię prawa fikcji literackiej, które to prawo bywa często nadużywane. Fotografikowi nie wolno używać cudzej twarzy, bez zgody właściciela, do jakiegoś, obraźliwego lub nie, fotomontażu. Reporterowi nie wolne podawać zmyślonych zdarzeń. Literatowi wolno wiele. Może on pod płaszczykiem fikcji literackiej obrażać ludzi. Przekłamywać cudze życie a nawet przywłaszczać sobie tytuły i całe dzieła zmarłych kolegów pisarzy.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że literat Stanisław Rogala jest nauczycielem akademickim i uczy swoich studentów swoiście pojętej „inspiracji twórczej” i „nawiązywania”, to można się spodziewać w kieleckim światku literackim prawdziwego wysypu plagiatorów korzystających z cudzych pomysłów. Grono krytyków będzie zaś ich podziwiać i pacyfikować skrzywdzone ofiary niecnego procederu. Nikt nie jest bezpieczny, a zwłaszcza ci, których już nie ma wśród żywych. No i oczywiście różni prostaczkowie, byli partyzanci, którym trzeba pokazać, gdzie ich miejsce.